O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   









  Budzenie się nowej wiosny w Kościele 20-22 listopada 2019 - h ...


SZKOŁA LECTIO DIVINA
dla prowadzących i towarzyszących w rekolekcjach

Budzenie się nowej wiosny w Kościele
20-22 listopada 2019

 

W dniach 20-22 listopada 2019 roku w ramach Szkoły Lectio Divina odbyła się sesja dla prowadzących i towarzyszących w rekolekcjach. Prowadzili ją Innocenzo Gargano OSBCam. (Rzym) i Krzysztof Wons SDS (Kraków). Poniżej dzielimy się nagraniami i/lub tekstami homilii, które wygłosił włoski kameduła.

 

---------------------------------------------------------------------

TEKSTY* / NAGRANIA HOMILII
które wygłosił Innocenzo Gargano OSBCam.

---------------------------------------------------------------------

Mina, przykazanie… - dar czy ciężar?
homilia – środa 33. tygodnia zwykłego (rok I), 20 listopada 2019
2 Mch 7, 1.20-31; Ps 17, 1.5-6.8.15; Łk 19, 11-28

Zatrzymam się tylko na fragmencie z Ewangelii. Łukasz już opisał drogę Jezusa do Jerozolimy i pozwolił nam, abyśmy razem z Jezusem zebrali owoce tej drogi. Tej zbiór dokonuje się w mieście położonym w depresji par excellence, w Jerychu. W drodze do Jerycha Jezus zwrócił uwagę na wiarę tego biednego ślepca, który padł na twarz, a następnie chętnie zgodził się, by towarzyszyć Jezusowi w drodze do Jerozolimy. Ale oprócz ślepca, w samym Jerychu, Jezus zebrał najcenniejszy owoc drzewa, owoc, jakim był Zacheusz. Zacheusz był nawet zwierzchnikiem celników, a więc stanowił zbiór bardzo bogaty. Po zebraniu tych dwóch bezcennych owoców w Jerychu Jezus jest rozentuzjazmowany i idzie z radością w stronę Jerozolimy, ponieważ wydaje Mu się, że łódź królestwa Bożego właśnie nadchodzi. Egzegeci mocno zwracają uwagę na słowo użyte przez Jezusa, kiedy mówi o łodzi królestwa Bożego, które właśnie się przybliża. Dlatego cieszy się, że może teraz stawić czoła ostatniej części drogi zgadzając się zniknąć, przejść przez śmierć.

Ale zanim wyruszy w drogę, daje ostatnie zalecenia albo, jeśli wolicie, ostatnie dary, które postanowił przynieść światu. Tymi darami w Ewangelii wg św. Łukasza są dziesięć min albo dziesięć złotych monet. To jest Jezusowy dar w Ewangelii wg św. Łukasza, który odpowiada „entole” (gr.) w Ewangelii wg św. Jana (J 13, 34). Podobnie, jak w Ewangelii Janowej mamy „entole kaine” (gr.), „nowe przykazanie”, tak w Ewangelii Łukaszowej mamy dziesięć złotych monet czy dziesięć min. By móc zrozumieć sens owych dziesięciu złotych monet i daru „nowego przykazania” danego przez Jezusa, trzeba odwołać się do daru Tory. W ten sposób istota pytania, które stawia ta stronica, tkwi w znaczeniu, jakie nadamy tym dziesięciu monetom ze złota lub temu „nowemu przykazaniu” z Janowej Ewangelii. Właśnie dlatego, że w tle jest odniesienie do Tory, trzeba zrozumieć, jaki jest sens Tory. Tłumacząc hebrajskie słowo „tora” na język grecki użyto słowa „nomos”, czyli prawo. To samo dzieje się z tłumaczeniem słowa „entole” z Ewangelii Janowej, tj. przykazanie. I tak mamy „dziesięć przykazań” i „dwa przykazania”, ciągle mówi się o przykazaniach.

Jest bardzo ważne, by zrozumieć różnicę między darem i przykazaniem. Dar wywołuje natychmiast wdzięczność, podziękowanie, uznanie jego piękna, wyrażone z całego serca. Jeśli natomiast oddamy „tora” (hebr.) lub „entole” (gr.) przez „przykazanie”, kojarzy nam się ono z ciężarem, ciężarem prawa, ciężarem obowiązku, który mam wypełnić. W tym właśnie punkcie rozgrywa się całe znaczenie przypowieści. Pan z przypowieści nie czyni różnicy między osobami; daje wszystkim, wszystkim. Daje złotą monetę każdemu. Ale kiedy przychodzi moment zdania sprawy, okazuje się, że nie wszyscy przyjęli złotą monetę z tym samym wewnętrznym zaangażowaniem serca, ale każdy przyjął ten dar w ramach swojej rzeczywistości osobistej. W momencie zdania sprawy widzimy, że jeden sprawił, że jedna mina przyniosła owoc dziesięciokrotny („dałeś mi jedną, a ja daję ci dziesięć”). Inny dał z siebie wszystko i jedna mina przyniosła owoc w postaci pięciu min.

Ale jest coś tajemniczego w tym sprawozdaniu: na początku mamy dziesięć osób, a w momencie sprawozdania mamy tylko trzy. I nie tylko to, ale kiedy słudzy odpowiadają, jeden z nich, ten, którego mina przyniosła dziesięć min, zostaje nazwany „sługą dobrym”. Podobnie zostaje nazwany drugi, którego mina przyniosła pięć min. Również on zostaje nazwany „sługą dobrym”, ponieważ zrobił tyle, ile potrafił. Ale trzeci zostaje określony „sługą złym”. W czym tkwi jego zło? Źródło jego zła tkwi w złym zrozumieniu sensu „tory”, sensu „entole”, sensu miny, otrzymanych od pana. Zamiast potraktować je jako dar, potraktował je jako zagrożenie. W ten sposób zamiast wyobrażać sobie pana [wł. „padrone”] jako ojca [wł. „padre”], wyobraził go sobie jako kogoś, kto w każdym razie chciał karać. W języku włoskim mówimy, że w pierwszym przypadku mamy kogoś, kogo uważa za ojca [wł. „padre”], a w drugim przypadku kogoś, kogo uważa za pana, władcę [wł. „padrone”]. Stąd nagana, którą pan kieruje do sługi, który chciał go uważać jedynie za pana [wł. „padrone”]. Rzeczywiście, ojciec [wł. „padre”] jest utożsamiany z miłością, a pan [wł. „padrone”] jest utożsamiany z obowiązkiem. I właśnie tutaj znajdujemy sens przypowieści.

Pan wyjechał; wyjechał, aby udać się do swojego kraju i tam uzyskać dla siebie godność królewską. Ale powierzył swoim przyjaciołom te dary. I co teraz uczniowie uczynią z tymi darami? Jedni przyjmą je, jak to było zamiarem pana, jako miłość ojca ukrytą wewnątrz nich i w konsekwencji pozwolą, by miłość ojca rozkwitła w ich życiu. Inni przyjmą ten dar, ale uznają go za ciężką próbę, za obowiązek nie do uniesienia, który trzeba panu wrócić możliwie najszybciej. W momencie tego sprawozdania rozumiemy dobrze, o co chodzi, że chodzi o przyjęcie daru jako daru albo o odczuwanie go jako ciężaru, a więc jako ciężaru, z którego trzeba się uwolnić możliwie najszybciej. I to właśnie w tym punkcie możemy rozróżnić, kto jest sługą dobrym, a kto sługą złym. Dobrym sługą jest ten, który uznaje w otrzymanym darze znak miłości, a sługą złym jest ten, który uznaje w darze „tory” czy „przykazania”, jedynie narzucone prawo. Ta druga postawa utożsamienia prawa z czymś narzuconym powoduje, że słudze nie przychodzi nawet do głowy pomysł, by oddać monetę do banku i w ten sposób oddać panu jej owoce.

Wszystko zostaje podsumowane w zdaniu końcowym: „Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. Temu, kto uznał dar Tory za dar, za prezent służący rozkwitowi miłości, do miłości zostanie dodana miłość. Temu natomiast, kto uznaje Torę lub przykazanie (gr. „entole”) za ciężar, za przykazanie, zostaje zabrana sama tożsamość syna/dziecka, która jest ukryta w darze. A wszystko to dzieje się w grupie tych, którzy otrzymali dziesięć monet. Inaczej zostanie potraktowana grupa osób, które od samego początku były wrogo nastawione do pana. Postępowanie względem tej grupy jest naprawdę bardzo okrutne. Wydaje się, że nie pasuje do osobowości Jezusa, jednak jest faktem. Konkluzja całej przypowieści dotyczy jakości otrzymanego daru. Czy chcemy uważać go za dar miłości, czy chcemy uważać go jedynie za próbę naszej wierności prawu? Nauczanie, które otrzymujemy od Ojców Kościoła, jest takie, że prawo, niewłaściwie nazywane „prawem”, w rzeczywistości jest darem, jest pewną potencjalnością miłości, która może wydać owoce jedynie w kontekście miłości. W ten sposób raz na zawsze zostało usunięte rozumienie Tory albo „entole” (gr.) jako przykazania narzuconego człowiekowi, które człowieka miażdży i czyni go niewolnikiem. Mam nadzieję, że udało mi się dać sygnał, który wydawał mi się słuszny, aby go wydobyć z tej przypowieści. Życie chrześcijańskie jest życiem ciągłego dziękczynienia. Nie zostało nam dane jako okazja do potępienia. My wszyscy, tak naprawdę, jesteśmy słabi. „Duch jest ochoczy, ale ciało słabe” (Mt 26, 41). Otrzymaliśmy Słowo, otrzymaliśmy Torę, otrzymaliśmy „entole”, aby pomagać im rozkwitać, jak to tylko jest możliwe, aby wzrastać w radości cechującej pana, który dał wszystko w pełni radości. Nie chodzi tutaj o obowiązek, ale chodzi o przyjemność miłowania.

---------------------------------------------------------------------

Jezus - mesjaszem i królem, ale zupełnie innym
homilia – czwartek 33. tygodnia zwykłego (rok I), 21 listopada 2019
1 Mch 2, 15-29; Ps 50, 1-2.5-6.14-15; Łk 19, 41-44

N

Zachęcałbym, by uwzględnić, że fragment z Ewangelii wg św. Łukasza, który odczytaliśmy, ma jeszcze dalszy werset, w którym mówi się, że wszedłszy potem do świątyni Jezus „zaczął wyrzucać sprzedających w niej”, mówiąc „Napisane jest: ‘Mój dom będzie domem modlitwy’, a wy uczyniliście go jaskinią zbójców” (Łk 19, 45-46). Dzięki temu dodatkowemu wersetowi jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć przejście, jakiego możemy dokonać między pierwszym a drugim czytaniem. W pierwszym czytaniu zostaliśmy postawieni wobec zabójczej gorliwości Matatiasza, który da później początek dynastii machabejskiej, która przejmie władzę polityczną w Narodzie Wybranym. Ale sam tekst powiedział nam, że gest Matatiasza należało interpretować w świetle gestu Pinchasa, który był uczniem Mojżesza podczas długiej drogi z Egiptu przez pustynię, by wejść do Ziemi Obiecanej; który widząc, że młody Żyd złączył się z kobietą pogańską, Madianitką, wziął lancę i przeszył ich tak, że umarli oboje, bo ów młody Żyd tym gestem zdradził prawo Pańskie. Fragment tekstu z księgi Machabejskiej odczytuje gest Matatiasza w świetle gestu Pinchasa. Jednak w przypadku Pinchasa chodziło po prostu o zdradę religijną, podczas gdy w przypadku Matatiasza do zdrady religijnej dołączy się też zdrada wobec ojczyzny. Dlatego Matatiasz w tym gwałtownym geście jest poruszony przez oba motywy: przez motyw religijny, ale również przez motyw patriotyczny. I nie tylko to, bo Matatiasz zaraz po tym, jak zabił Żyda, który chciał złożyć ofiarę pogańską i spożyć mięso z tej ofiary, atakuje również tego, który w imieniu króla narzucił Żydom pogańskie postępowanie. Mamy więc bardzo precyzyjny przykład kary, zarówno wobec współpracowników władzy, czyli kolaborantów, jak i wobec tych, którzy sprawowali władzę. Wiemy doskonale, że - we wszystkich wojnach, które znamy, aż do tych współczesnych - kolaboranci władzy, która wtargnęła do innego kraju, są karani tą samą karą. Po włosku się mówi, że są zniesławieni [wł. „infami”]. To najgorszy tytuł, jaki można sobie wyobrazić. Również mafiosi używają na określenie zdrajcy ich grupy. Jesteśmy postawieni wobec bohatera narodu żydowskiego, który aby bronić praw ojczystych: religijnych, ale również narodowych i politycznych, ożywia się gorliwością i zabija, a po zabiciu ogłasza wszystkim ludziom, żeby uciekali z nim w góry, żeby być tymi, których dzisiaj nazwalibyśmy partyzantami. Nie wiem, czy po polsku macie analogiczny termin, ale we Włoszech partyzanci to ci, którzy walczyli zarówno przeciw faszystom włoskim, jak i przeciw nazistom niemieckim; więc definicja „niesławnego” była bardzo okrutna.

Co dzieje się przy porównaniu tego tekstu ze Starego Testamentu z tekstem Ewangelii wg św. Łukasza? Pierwszy wniosek, jaki możemy wysnuć, to miłość Jezusa do swojej ojczyzny. Jezus jest zakochany w swoim mieście, w Jerozolimie. Podziwia piękno świątyni jerozolimskiej. Jest dumny z tego, że jest Hebrajczykiem, Żydem. I cierpi, jak wszyscy inni, z powodu nadużyć Rzymian wobec Żydów. Musiał bardzo jasno wyrazić swoje cierpienie tak, iż niektórzy myśleli, że On będzie nowym Matatiaszem wobec Rzymian. W rozdziale szóstym Ewangelii wg św. Jana mówi się, że chciano Go ogłosić królem. Ci, którzy skorzystali z rozmnożenia chleba, chcieli absolutnie ogłosić Jezusa królem. Mamy więc paralelę wobec tego, co stało się z Matatiaszem. Ale reakcja Jezusa była zupełnie inna niż reakcja Matatiasza, bo Jezus odszedł na górę sam. I wiemy od innych Ewangelistów, od synoptyków, że schronił się samotnie na górze, aby skonfrontować się z Ojcem. Co miał zrobić? Czy miał zgodzić się z wolą ludu, który chciał go jako króla po linii Matatiasza? Czy też, jak On to zrozumiał, miał być królem zupełnie innym? Bardziej niż królem miał być sługą! Oczywiście, był Mesjaszem proroków, ale Mesjaszem, który mógł sobie przypisać cztery pieśni proroka Izajasza. Więc Jezus w swoim spotkaniu z Ojcem, w samotności na górze, utwierdził się w swoim powołaniu, że ma być Mesjaszem, ale po linii czterech Izajaszowych pieśni o słudze [Pańskim], a więc nie po linii Pinchasa czy Matatiasza.

I z tą decyzją udał się w kierunku Jerozolimy, ale Jego emocje były tak silne, że nie mógł powstrzymać się od łez. To jest wiadomość naprawdę wstrząsająca dla czytelników z czasów Ewangelistów. W tradycji patrystycznej mamy inny, równie ważny przykład: przykład płaczu Augustyna nad jego matką, Moniką. Człowiek Boży, człowiek mądrości, aż do czasów Augustyna winien być naśladować niewzruszoność Boga wobec ludzkich namiętności. Pomyślcie o niewzruszoności Sokratesa, kiedy miał wypić cykutę, która miała go doprowadzić do śmierci, i jego polecenie, by odprawić kobiety, bo kobiety się za bardzo wzruszają. Podczas gdy filozof, godzien tego miana, powinien być niewzruszony także wobec śmierci. Więc pierwsze pouczenie, jakie otrzymujemy, muszę powiedzieć, że jest dwojakie. Jezus może być odczytany w świetle Matatiasza i Pinchasa, ale pod warunkiem, że zdołamy zrozumieć, że litera, która ożywiała Pinchasa i Matatiasza, litera Prawa, była literą, która zabijała, natomiast On został posłany przez Ojca, aby zastosować ducha Prawa, który kazał przechodzić od sprawiedliwości do miłosierdzia. I to jest wielkie przejście: przejście, by nie zatrzymać się na sprawiedliwości, bo zarówno Pinchas, jak i Matatiasz, uważali, że zrobili coś słusznego według Prawa. Ale w tym przejściu, jakiego dokonuje Jezus, - od proroctwa do rzeczywistości -, odczytując wydarzenia z udziałem Pinchasa i Matatiasza jako proroctwa odnoszące się do Niego, zmienił jakościowo sens gestu. Dobrze jest bronić sprawiedliwości, ale jeśli sprawiedliwość nie otwiera się na miłosierdzie, staje się niesprawiedliwością. A On przyszedł, oczywiście, afirmować sprawiedliwość, ale otwartą na miłosierdzie. I nie ma gestu bliższego miłosierdziu, aniżeli płacz nad tymi, którzy zbłądzili. „Na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! …»”. Czyli nie złości się, nie gniewa się, nie wykonuje gwałtownych i zabójczych gestów, ale po prostu wzrusza się wewnętrznie, bo Jego rodacy nie zdołali zrozumieć, że On przyszedł, żeby zrealizować pokój. To z miłości do ojczyzny, …

Ale jak powiedzieliśmy wcześniej u Matatiasza i u Pinchasa jest też element religijny, który Jezus spotyka, kiedy wchodzi do świątyni jerozolimskiej, natychmiast po tym fragmencie, który odczytaliśmy, a ja go uzupełniłem dalszym wersetem. Bo Jezus wszedł do świątyni i zauważył, że ci, którzy korzystali z religii, którzy skupiali się wokół świątyni, przemienili religię w okazję do handlu, więc przeszli od religii jako daru pochodzącego od Boga do religii jako okazji do wykorzystywania w celach ekonomicznych. Jezus nie może zaakceptować tego upokorzenia religijności i sprowadzenia jej do czystego handlu. To są sytuacje niezwykle delikatne, które często powtarzają się także wewnątrz kościołów chrześcijańskich. Sanktuaria, które same z siebie są znakami obecności Boga w świecie, bo może właśnie w tym miejscu dokonało się coś nadzwyczajnego, bo Bóg się objawił w jakimś cudzie, w objawieniu, w obecności… I to miejsce, które przez prosty fakt zostało wybrane przez Boga, staje się miejscem handlu. Pomyślcie, ile naszych sanktuariów narodowych czy międzynarodowych ma wiele straganów i wiele szkatułek na jałmużnę. Przez co wydaje się, jakby sanktuarium służyło księżom i zakonnikom „do robienia kasy”. Jezus buntuje się przeciwko temu, ale czyni to w sposób symboliczny. Jezus po prostu ich wyrzuca. Tutaj tego się nie mówi, ale w tekstach paralelnych mówi się, że wziął sznur i ich wypędził. Gest symboliczny, prorocki, dokonany tylko przez Niego, który z pewnością byłby powstrzymany przez tysiące osób, które wspinały się do świątyni, ale jako że chodziło o gest proroczy, nikt nie był w stanie oprzeć się mocy proroctwa zrealizowanego przez Jezusa.

Jakie orędzie wydobywamy z tych dwóch czytań. Jest to orędzie, że w miłości do ojczyzny, w przywiązaniu do religii, wykorzystanie religii w celach ekonomicznych nie może być zaakceptowane przez Tego, który przyszedł głosić po prostu wiarę, wiarę, wiarę…, a nie religię. Wiarę, która jest zawierzeniem Ojcu. Jest ufnością pokładaną w Ojcu. Jest pewną nadzieją na przyszłość dla dobra ojczyzny, nie oddzielonego od dobra ludzkości. Łącząc te dwa czytania podjęliśmy wysiłek lectio divina. Wyszliśmy od tekstu księgi machabejskiej, oświeciliśmy go odniesieniem do Pinchasa, potem przyjęliśmy to proroctwo i odnieśliśmy je do Jezusa, ale przejście do Jezusa pozwoliło nam odwrócić zupełnie sens literalny tekstu. Nie pozwalając się zamknąć w ramach Prawa czy w miłości do ojczyzny w jej zewnętrznym aspekcie, ale dzięki światłu, które otrzymaliśmy od Jezusa, przekroczyliśmy literalność Prawa i miłość do ojczyzny rozumianą w sposób indywidualistyczny, otwierając się na wiarę w Boga i na ufność w możliwość przemiany także ludzi.

---------------------------------------------------------------------

Aby łaska zbawienia promieniowała w nas
homilia – wspomnienie św. Cecylii, dziewicy i męczennicy, 22 listopada 2019
[czytania z piątku 33. tygodnia zwykłego - rok I:]
1 Mch 4, 36-37. 52-59; 1 Krn 29, 10b-11b. 11c-12; Łk 19, 45-48

Tego ranka was zaskoczę. Zacznę homilię od śpiewu, którego nauczyłem się, kiedy byłem nowicjuszem, w wieku piętnastu lat, w eremie Fonte Avellana, bardzo słynnym we Włoszech. Mówił o nim Dante w „Boskiej komedii”. To był erem św. Piotra Damianiego, kardynała i doktora Kościoła. Papież Jan Paweł II odwiedził Fonte Avellana w czasie jednej ze swoich naj-pierwszych pielgrzymek. Dlaczego zaśpiewam wam tę antyfonę? Zaśpiewam ją, ponieważ w języku łacińskim istnieje gra słów pomiędzy „Cecilia – cilicium”. „Cecilia” to imię męczennicy, a „cilicio” to narzędzie pokutne, które było używane niemal do naszych czasów. Może jakiś święty jeszcze go używa. My w 1990 roku znaleźliśmy je w ukrytych szufladach [w celi] naszej świętej rekluzki w Rzymie i oczywiście była to włosienica używana przez nią. Zaśpiewam tę antyfonę, ponieważ będzie ona punktem docelowym naszej refleksji tego poranka; później wyjaśnię wam dlaczego.

„Cilicio Caecilia membra domabat Deum gemitibus exorabat: Domine Jesu Christe, seminator castii consilli, suscipe seminum fructu, quos in Caecilia seminasti”. Przetłumaczę tę antyfonę na włoski, a później Danuta przetłumaczy to na polski. „Cecylia włosienicą panowała nad swoimi członkami, dlatego powodowana przez jęki płaczu, modliła się do Jezusa, mówiąc: ‘Ty, który zasiałeś czyste plany w moim życiu, spraw, by mogły wydać owoce tego Twojego siewu’”. Powiedziałem, że ta antyfona ma pewne konsekwencje, które pozwalają połączyć ją z dzisiejszymi tekstami. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy o oczyszczeniu świątyni dokonanym przez następców Matatiasza, Machabeuszy. Ale my wiemy, że musimy odczytywać tekst biblijny oświecając go przez Jezusa, który dokonał tego samego gestu w Jerozolimie, a później też dodał: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. To zdanie Jezusa pochodzi z Ewangelii Janowej (J 2, 19) i sam św. Jan wyjaśnia, że Żydzi nic nie zrozumieli z tego, co Jezus mówił i ironizowali, że Jezus w trzy dni miałby odbudować świątynię, którą przez tyle lat budowano. A nie rozumieli, że Jezus mówił o świątyni swego ciała.

To znaczy, że sens ukryty na stronie Starego Testamentu pociąga za sobą rozumienie, że nie chodzi tu o świątynię, ale o ciało Jezusa. Jezus miał oczyścić swoje ciało, poddając je biczowaniu i ukrzyżowaniu. W ten sposób, przechodząc przez wąską bramę Męki, uzyskał dar zmartwychwstania. Ale św. Paweł potem idzie dalej i podkreśla, że prawdziwa świątynia, zapowiadana proroczo w Starym Testamencie, zrealizowana przez Jezusa z Nazaretu, objawia się w pełni w Ciele, którym jest Kościół. A objawiając się w Ciele, którym jest Kościół, prosi, by mógł się objawił także w naszym ciele, bo przez chrzest zostaliśmy włączeni w Ciało Chrystusa i staliśmy się członkami Ciała Chrystusa, którym jest Kościół. To jest to przejście: proroctwo – realizacja proroctwa w Jezusie – promieniowanie tej realizacji we wspólnocie Kościoła – zastosowanie tychże do każdego z nas. To cztery sensy ukryte w Piśmie. Ale zastosowanie tego, odniesione do własnej osoby, pociągnęło za sobą u naszych ojców i matek starożytnych pragnienie, by móc przeżywać także fizycznie cierpienie Jezusa. Zadawano sobie to cierpienie tradycyjnymi narzędziami: czuwaniem, postem i umartwieniem fizycznym ciała. To umartwienie fizyczne ciała osiągano takimi narzędziami, jak bicz czy włosienica. Ale za taką metodą kryły się dwa bardzo niebezpieczne elementy, które tłumaczono odniesieniem do Pawła, który mówił o dopełnieniu we własnym ciele tego, czego brakuje Męce Chrystusa, co mogło też oznaczać, że odkupienie, dokonane przez Jezusa, miałoby potrzebować jakiegoś dopełnienia poprzez nasze własne [zadawane sobie] cierpienie. To bardzo niebezpieczne ryzyko, bo prowadziło do woluntaryzmu, do powiązanej z umartwieniem wizji życia duchowego, myśląc, że można i trzeba dodać coś do Męki Chrystusa.

Ale stwierdzenie Pawła nie oznaczało tego, ale oznaczało to promieniowanie, o którym mówiliśmy przedtem. Nie był to osąd o niewystarczalności Męki Chrystusa. Człowiek wierzący nie przydaje niczego istotnego zbawieniu, ale umożliwia jedynie promieniowanie zbawienia we własnym życiu. Aby umożliwić to promieniowanie musi oczywiście ogołocić się z siebie, stwarzając Bogu miejsce we własnym życiu, a nie dodając cierpienie do cierpienia. Wszystkie cierpienia wziął na własne barki Jezus, który spełnił proroctwo o cierpiącym Słudze, tak więc swoim cierpieniem usunął wszelką potrzebę cierpienia. Chrześcijanin cieszy się, bo został uwolniony od tego obowiązku cierpienia, co było konsekwencją grzechu Adama („w pocie oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie…” - Rdz 3, 19). A więc nie było uprawnione interpretowanie zdania Pawła zakładając, jakby to, co wycierpiał Jezus, nie było wystarczające. Przeciwnie, interpretacja Męki była też taka, żeby uwolnić od cierpienia, jakie człowiek miał znosić z powodu swojego grzechu.

Tak więc życie człowieka wierzącego powinno być raczej życiem radości, życiem „alleluja” i dziękczynienia za to, że otrzymał to, że Jezus całkowicie nas zbawił. Antyfona na wspomnienie św. Cecylii, gdzie jest połączenie imienia „Caecilia” i „cilicium” jest antyfoną monastyczną, ułożoną dla mnichów, ale jest też antyfoną „bardzo niebezpieczną”. Ta antyfona należała do mojego wychowania i mój ojciec duchowy, Benedetto Calati, poświęcił całe lata, by mnie od niej uwolnić. Od czego mnie uwolnił? Uwolnił mnie właśnie od tego przekonania, że konieczne jest umartwienie fizyczne ciała, aby osiągnąć świętość. To wielkie, wielkie ryzyko, które niestety było przeżywane przez całe pokolenia mnichów i mniszek, ale też wiernych świeckich, mężczyzn i kobiet, i spowodowało inny element w naszym życiu osobistym, związany ze słowem „woluntaryzm”, które kryje w sobie myśl, że najważniejsza jest wola: „chciałem, chciałem, chciałem…”. My, Włosi, mamy wielkiego pisarza, Vittorio Alfieri, wielkiego poetę, który jako człowiek oświecenia, ateista, kładł nacisk na doniosłość woli: „Jeśli chcesz, osiągniesz wszystko”. To drugi i bardzo ciążący element, który - obok konieczności cierpienia i umartwienia - sprawiał, że myślano, że to człowiek buduje samego siebie. A konsekwencją tego wszystkiego był brak zaufania w działanie łaski, przemieniając życie duchowe w życie handlowe. Nasze ciało stawało się terenem handlu. Całe nasze życie duchowe było rozumiane jako „do ut des” (łac.), „daję, abyś dał”. I to nas więziło w pułapce religii, która faktycznie wykluczała wiarę.

Tak więc orędzie, które płynie z tego wszystkiego, co staraliśmy się zrozumieć, to jest radość i dziękczynienie, wdzięczność wobec Jezusa, który uwolnił nas od wszelkiej konieczności umartwienia czy cierpienia; i wreszcie, zachęta by przyswoić sobie wolność, która płynie z całkowitego zaufania Panu przez wiarę. Muszę powiedzieć, że aby osiągnąć ten nowy sposób bycia chrześcijanami nie wystarczył nawet Sobór Watykański II, bo ten impuls religijny po Soborze Watykańskim II zdołał przejść przez różne odniesienia do widzeń i objawień Matki Bożej, wizerunków Ukrzyżowanego czy Najświętszego Serca, co znowu zdołało postawić pod znakiem zapytania tę główną zasadę naszej wiary: zasadę darmowości i radości z wolności. Może, pomyślcie, też jesteście jeszcze trochę uwarunkowani przez tę religię woluntarystyczną, perfekcjonistyczną i na koniec prowadzącą do tego, że nie jest się pewnym, czy zbawienie dokonane przez Jezusa było prawdziwe i totalne. I dlatego może myślicie, że to wy możecie być ważni dla waszego zbawienia. Nie chodzi o to, by dodawać, ale chodzi o to, by pozwolić, aby światło Chrystusa promieniowało w naszym życiu.

---------------------------------------------------------------------
* tytuły homilii pochodzą od redakcji;

w tekstach spisanych z nagrania,
zachowano styl języka mówionego;
korzystamy z tłumaczenia D. Piekarz
---------------------------------------------------------------------

 


„Budzenie się nowej wiosny w Kościele” (20-22 XI 2019) - zapowiedź

KONTAKT ZGŁOSZENIEPOLITYKA PRYWATNOSCI
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl