O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   









  Rekolekcje Lectio Divina 30 kwietnia - 8 maja 2019 - info i h ...


Rekolekcje Lectio Divina
30 kwietnia - 8 maja 2019

 

W dniach 30 kwietnia - 8 maja 2019 r. odbyły się rekolekcje lectio divina. W rekolekcjach wzięło udział 101 osób, którym towarzyszyło 10 kierowników duchowych. Uczestnicy - w zależności od etapu - modlili się słowem Bożym z Ewangelii wg św. Marka, św. Mateusza, św. Łukasza [i św. Jana]. Przeżywającym etap pogłębienia zaproponowano lectio divina z Salomonem w oparciu o pierwszą Księgę Królewską i drugą Księgę Kronik. Wprowadzenia do modlitwy dla uczestników etapów I-III dawali duszpasterze CFD, a dla uczestników etapu pogłębienia - Ryszard Stankiewicz SDS.

Dziękujemy za modlitwę w intencji
uczestników i prowadzących oraz kierowników duchowych !

homilie – część druga
4-8 maja 2019 >>>
.

---------------------------------------------------------------------

 NAGRANIA HOMILII
wygłoszonych w czasie rekolekcji
- CZĘŚĆ PIERWSZA -
30 kwietnia – 3 maja 2019

---------------------------------------------------------------------  

Potrzebna jest nam moc Ducha Świętego, aby…
homilia – uroczystość św. Wojciecha, biskupa i męczennika, 30 kwietnia 2019
Dz 1, 3-8; Ps 126, 1-6; Flp 1, 20c-30; J 12, 24-26

NAGRANIE HOMILII Z 30 KWIETNIA 2019
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Trudno sobie wyobrazić chrześcijańskie świadectwo o Jezusie, który żyje, który zmartwychwstał, bez tej mocy, Jego mocy, mocy Ducha Świętego. Bez Jego mocy to świadectwo często zamienia się w propagandę. I nie tyle jest próbą, aby ci, którzy słuchają świadectwa, otworzyli serce dla Jezusa, ale [jest próbą] by pozyskać ich dla siebie. Dlatego my z wiarą wołaliśmy w pieśni [na rozpoczęcie Eucharystii – w hymnie do Ducha Świętego] o Jego moc. Ona jest potrzebna nie tylko wtedy, gdy w świecie dajemy świadectwo Zmartwychwstałemu. Potrzebna jest ona także, kiedy podejmujemy między innymi trud naszych rekolekcji. Potrzebujemy Jego mocy, potrzebujemy Jego światła, bo chcemy w prawdzie przyjrzeć się naszemu życiu, dokonać właściwej diagnozy. W Jego świetle chcemy zobaczyć to, co w naszym życiu chrześcijańskim jest piękne, dobre, co jest dumą naszego serca i przynosi chwałę naszemu Bogu, co jest także radością naszych braci i sióstr, którzy spotykają nas na drogach swojego życia. Ale chcemy też zobaczyć w tym świetle, Jego świetle, to, co jeszcze odstaje od – używając modnego słowa – standardów Ewangelii: tam, gdzie jesteśmy słabi, gdzie upadamy, gdzie w swoim życiu nie przynosimy chluby Jezusowi, gdzie głosimy bardziej swoją chwałę, a nie chwałę Pana Boga. Chcemy to zobaczyć w Jego świetle i prosić o odwagę: o odwagę, aby te niechlubne miejsca, słabe miejsca, w Jego mocy przemieniać, aby z nimi się zmierzyć się i poddać je Jego przemieniającej mocy. Chcemy prosić o odwagę i oczywiście o siłę, bo to zwykle jest tak, że na rekolekcjach coś się zaczyna, a praca nad sobą trwa jeszcze długo, długo po rekolekcjach, trwa w zasadzie nieustannie, do końca naszego życia. Ufamy, że moc, Jego moc, moc Ducha Świętego, będzie nam towarzyszyła w trakcie tego świętego czasu i będziemy mogli opuścić nasz rekolekcyjny wieczernik frontowymi drzwiami, wyjść do świata z podniesioną głową jako świadkowie Zmartwychwstałego, przemienieni, napełnieni Jego mocą, pełni radości. Bo można też inaczej: można nawet w czasie rekolekcji zamknąć się na Jego moc, nie dostrzegać Jego światła, a później ukradkiem, jakimiś tylnymi drzwiami opuszczać rekolekcyjny wieczernik ze spuszczoną głową, z poczuciem porażki, ale wtedy świat nie ma co liczyć z naszej strony na świadectwo o Zmartwychwstałym.

Święty Paweł przypomina Filipianom i nam, byśmy żyli w sposób godny Ewangelii. To świadectwo o Jezusie ma takie dwa wymiary. Nieraz jest ono „rozszalałe”, a nawet „rozkrzyczane”, kiedy próbujemy światu „wykrzyczeć”, że On żyje, że On zmartwychwstał, ale w zdecydowanej większości jest to świadectwo ciche, ukryte, świadectwo naszej codzienności, w której żyjąc Ewangelią próbujemy innym pokazać żywego Jezusa. Tu też potrzebna jest Jego moc, abyśmy się Ewangelii nie wstydzili, abyśmy w naszym życiu Ewangelię realizowali, aby ten Jezusowy styl życia był także naszym stylem. Świat ma nam do zaproponowania tyle stylów życia, które daleko odbiegają od Ewangelii naszego Pana, Jezusa Chrystusa, a które są bardzo pociągające i atrakcyjne. Ale tylko ten styl, styl ewangeliczny, rodzi życie, prawdziwe życie; życie, które jest silniejsze niż śmierć; życie, które stając do zmagania z grzechem zwycięża, bo za tym życiem stoi siła Bożej łaski, Bożego miłosierdzia. Potrzebna jest nam moc Ducha Świętego, bo preferując styl Jezusa, żyjąc stylem Jezusa i stylem Ewangelii, często jesteśmy zaproszeni, by wejść na drogę cierpienia, na drogę krzyża. Bo nie ma innej drogi do zmartwychwstania, jak droga przez Golgotę, jak droga przez cierpienie i przez śmierć. Ten, który nie umarł, nie musi zmartwychwstawać. Niekiedy trzeba umrzeć duchowo dla grzechu, aby mogła w nas zmartwychwstać Jego łaska, łaska Jego dobroci i miłości. Niech to więc będzie czas naszego obumierania w Panu. Nie chcemy zostać sami. Chcemy obumierać wpatrzeni w Jego przykład życia. Chcemy być jak ziarno, które obumiera i daje życie, i to życie w obfitości. Chcemy podobnie w mocy Ducha obumierać, aby to życie rodziło się przez nas, aby inni mogli tego Bożego życia smakować i nim się cieszyć dzięki nam. Niech Duch nas prowadzi i umacnia.

A do tego jeszcze mamy tę świadomość, że nasze rekolekcje - trochę „dzięki liturgistom i nie tylko” - spinają się klamrą uroczystości dwóch męczenników i dwóch pasterzy: świętego biskupa Wojciecha i świętego biskupa Stanisława. Mamy więc niezwykłych patronów tego świętego czasu. Przypominają nam oni o tym, że także rekolekcje mają coś z męczeństwa, - może nie krwawego, ale białego -, ale mają coś z męczeństwa. Nie jeden raz będzie trudno i ciężko w naszym zmaganiu w tajemnicy Bożego słowa, ale wpatrzeni w ich przykład i umocnieni mocą Ducha ufamy, że sobie poradzimy. I może będziemy, jak śpiewaliśmy, siać w łzach, ale będziemy też zbierać ciesząc się obfitością życia w radości. I nie tylko my, ale także i ci, do których później z tym plonem, plonem Bożego życia, wrócimy.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Nie przygotowywał Nikodema do śmierci, ale do narodzin
homilia – środa II tygodnia okresu wielkanocnego, 1 maja 2019
Dz 5, 17-26; Ps 34, 2-9; J 3, 16-21

NAGRANIE HOMILII Z 1 MAJA 2019
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

W kolejnym dniu spotkania ze Słowem, Ewangelia prowadzi nas do spotkania Jezusa z Nikodemem. To dostojnik żydowski, który przychodzi nocą do Jezusa. To ktoś, kto - można powiedzieć - wyłania się z nocy. To ktoś, kto szuka Słowa pośrodku nocy. To ktoś, kto chce więcej światła dla swojego życia, bo to, co ma, już mu nie wystarcza. Jest już w podeszłym wieku. Jezus swoim słowem nie przygotowuje go do śmierci, ale - wcześniejsze słowa mówią, że - przygotowuje Nikodema do narodzin. Nikodem jest tym zdumiony; nie rozumie tego. Jezus jednak będzie mu w tym pomagał. Słowa Jezusa będą dla Nikodema światłem prowadzącym go do życia, choć nie będzie się to dokonywało tak, od razu, po jednym spotkaniu. Nikodem będzie podążał w świetle słów Jezusa. W Ewangelii zobaczymy go jeszcze pod koniec życia Jezusa. To światło, którym Jezus dzisiaj się z nim dzieli, po prostu go „oślepia”. Jest w tym wydarzeniu taki moment, kiedy Nikodem nie ma już nic do powiedzenia. Pozostaje mu: albo otworzyć się na słowa Jezusa albo je odrzucić, z wiarą je przyjąć albo na nie się zamknąć. To, czym Jezus się z nim dzieli, jest ważne również dla każdego z nas. W każdym z nas jest coś z Nikodema. Przyjechaliśmy tutaj, ponieważ to, co do tej pory każdy z nas z Jezusem przeżył, już nam nie wystarcza. Chcemy więcej. Może niejeden czy niejedna z nas doświadcza ciemności, ale ciemność nie jest momentem, z którym światło by sobie nie poradziło.

W Nikodemie było pragnienie poznania Jezusa. Nawet przyjął tę prawdę, jak wielu innych: „Wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel”. A więc to, co Jezus swoim słowem i swoją postawą poruszył w sercu tego człowieka, jest również dla nas, jak myślę, zaproszeniem, byśmy wrócili do naszych początków, do tego momentu, kiedy Jezus nas poruszył, byśmy wyruszyli w drogę, w drogę spośród niejednej ciemności w kierunku światła, którym Jego Ojciec podzielił się z nami. To, co jest niesamowite w tej drodze, jest, że nie wystarczy zatrzymać się na wiedzy, jak próbował to zrobić Nikodem. To, że wiemy dużo na temat Pana Boga, że wiemy dużo na temat Jezusa, z doświadczenia wiemy, że to nie wystarczy. Jezus zaprasza do więzi! Nie chce „ładować” naszych głów tutaj, na rekolekcjach, swoją wiedzą. On chce, by każdy z nas otworzył się na Jego słowa, na dar Jego miłości. To jest Jego misja. Bóg posyła Jezusa, ponieważ „tak umiłował świat”. I nie ma większego daru, jak właśnie Jezus! Pięknie kiedyś powiedział bp Dembowski, odnośnie daru, jaki każdy z nas otrzymuje od Boga przez Jezusa w Duchu Świętym: to jest taki prezent, który trzeba każdego dnia odpakowywać, misternie odpakowywać i poznawać z zachwytem, za każdym razem i każdego dnia. Jezus jest takim darem, który staje przed nami, jak przed Nikodemem.

Nikodem uczy się po prostu Jezusa nie tylko poznawać, ale uczy się Go także przeżywać w sobie. I zaczyna powoli rodzić się, choć sam nie wie do końca, jak to się dokonuje. Tak jest z Jezusem. Kiedy przychodzisz do Niego ze swoimi pytaniami, ze swoimi ciemnościami, ze swoimi wątpliwościami, Jezus daje ci właśnie słowo, daje ci siebie, daje ci światło na twoje życie i daje ci światło na siebie. Oczywiście, trudno jest poznawać Jezusa. Trudno zgadzać się z Jego logiką. On dzisiaj mówi Nikodemowi wcale nie łatwe słowa. I chociaż kluczowe są słowa: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”, te słowa Nikodemowi jeszcze za wiele nie mówią. Bardziej przemówi do niego Męka Jezusa. Jezus przywołuje [w tej rozmowie] ponadto sześć przeciwieństw, z którymi Jego miłość próbuje się zmierzyć w sercu człowieka: zginąć – mieć życie wieczne; być potępionym – być zbawionym; nie wierzyć w Syna Bożego – wierzyć w Jednorodzonego Syna; umiłować ciemność – umiłować światłość; dopuszczać się nieprawości – spełniać wymagania prawdy; nienawidzić światła – zbliżać się do światła. Jezus zaprasza Nikodema do trudnej drogi, ale pokazuje mu obraz serca, każdego serca, mojego i twojego. Tym samym mówi Nikodemowi i nam, jak ważna w relacji jest bliskość z Nim, z Jego słowem i jak niebezpieczne jest oddalanie się od Boga, bo oddalając się człowiek pozbawia się życia. A Jezus nie przyszedł na świat po to, żaby człowiek pozbawił się życia, choć człowiek może wybrać taką drogę. On przyszedł, aby dać życie. Jezus więc mówi do Nikodema: „wybieraj życie!”, czyli „idź w świetle Mojego słowa! Bądź w relacji ze Mną! Ojciec Mnie posłał, abyś w tym, co przeżywa twoje serce, abyś pośrodku tych przeciwieństw, wybierał Mnie i Moje słowo”. I z tym go zostawia. Daje Nikodemowi czas, aby to słowo stało się w nim ciałem. Jak widzimy w dalszej drodze życia Nikodema, to słowo w nim obumiera i przynosi piękne owoce. I nam również tutaj Jezus daje czas. I zawsze daje nam tego czasu bardzo dużo. On chce, pośród tego, co przeżywają nasze serca, aby każdy z nas doświadczył życia, pełni życia, dobrego życia, pomimo tych przeciwieństw i ciemności, które często w nas się pojawiają czy w których trwamy. Nikodem dzisiaj jest dla nas dobrym znakiem, że bez względu na to, jakie są ciemności, warto przychodzić do Jezusa, nawet nocą.

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Doświadczenie, z którym różnie sobie z nim radzimy: gniew
homilia – czwartek II tygodnia okresu wielkanocnego, 2 maja 2019
Dz 5, 27-33; Ps 34, 2.9.17-18.19-20; J 3, 31-36

NAGRANIE HOMILII Z 2 MAJA 2019
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Jedno słowo w pewnym momencie przykuło moją uwagę, a które słyszymy zarówno w czytaniu z Dziejów Apostolskich, jak i w Ewangelii wg św. Jana. To samo słowo, które ma różne tło i bardzo ważne punkty odniesienia. To słowo, które przywołuje doświadczenie wszystkim dobrze nam znane. Różnie przywołujemy to doświadczenie, różnie je przeżywamy i różnie sobie z nim radzimy. Chodzi o słowo „gniew”. Najpierw czytamy w Dziejach Apostolskich o ludziach: „Gdy to usłyszeli, wpadli w gniew i chcieli ich zabić” (Dz 5, 33). Chcieli zabić świadków Jezusa, apostołów. A w Ewangelii słyszymy o gniewie Boga: „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz gniew Boży nad nim wisi” (J 3, 36). Zatrzymajmy się przy doświadczeniu gniewu.

Jest taki gniew albo takie doświadczenie gniewu, które może być niszczące, które może wewnętrznie rozbijać i nie tylko nas rozpraszać, ale wewnętrznie nas dzielić, niszczyć. Rzeczywiście, kiedy zerknąłem do tekstu, tak jak brzmi on w Dziejach Apostolskich, to tam słowo, którego używa Łukasz, jest opisane inaczej. „Wpadli w gniew”, dziwne określenie: „byli rozpiłowani, byli przeżynani piłą”. Znalazłem to samo określenie, w tej samej formie, także w siódmym rozdziale Dziejów Apostolskich, gdzie chodzi o reakcję tych, którzy słuchali Szczepana, który ma wizję Boga, który widzi niebo otwarte. Oni „wybuchli jak przecięci piłą w swoich sercach”. Skąd się bierze taki niszczący gniew? Skąd się bierze taki gniew, który potrafi „przepiłować” serce? Odpowiedź znajdujemy nieco wcześniej w Dziejach Apostolskich. Wszystko, jak się wydaje, zaczyna się od słów, które głośno wypowiadają apostołowie: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Słuchanie Boga, posłuszeństwo Bogu, rodzi doświadczenie pokoju, który pochodzi od Niego. Bo Bóg jest Bogiem pojednania; Bóg jest Bogiem miłości. Wsłuchiwać się w Niego to otwierać się na źródło pokoju. Niezgoda na Niego i na Jego słowo rodzi niepokój w sercu. To tak jakby odciąć się od źródła pokoju. Ale skąd może rodzić się takie odcinanie się od Boga, od źródła pokoju? Ci ludzie muszą zmierzyć się z prawdą o sobie, że błądzili w życiu, że skrzywdzili Władcę i Zbawiciela, że Go zabili. Każdy z nas wie, jak trudno spotkać się z prawdą, która obnaża naszą słabość, jak trudno spotkać się nieraz z prawdą, że się pomyliłem, że upadłem, że zgrzeszyłem, że zraniłem miłość. I wtedy pozostają dwa wyjścia: Albo otwieram się na tę prawdę i szybko przekonam się, że to prawda, która wyzwala, która rodzi pokój, która rodzi miłość; a takie otwieranie się naprawdę oznacza pokorę. Albo pozostaję nadal ze swoją niezgodą, pozostaję nadal ze swoją biedą, a to musi rodzić zrodzić złość i gniew, którym tak naprawdę uderzam w siebie samego, niszczący gniew, który jest jak piła, co potrafi mnie jakby „przeciąć” w sercu. Ale ten gniew wtedy przenosi się na innych i zamienia się w gniewliwość. Wziąłem do ręki dzieło Ewagriusza z Pontu, który nie tylko pisze o gniewie, ale przestrzega, że gniew może stać się żerowiskiem Złego, że Zły chętnie wykorzystuje ludzki gniew. Gdy człowiek zamyka się na Boga, Zły chętnie wchodzi w grę. „Gniew jest szaleńczą namiętnością i tych, którzy już posiadają poznanie, łatwo psuje. Czyni duszę dzikim zwierzęciem i sprawia, że cofa się ona przed wszelkim spotkaniem”. Pomyślałem, czytając Ewagriusza z Pontu, że cofa się najpierw przed spotkaniem z samym sobą i dlatego nie potrafi spotykać się z innymi.

I jest drugi gniew, który, jak sądzę, rodzi w nas wiele pytań. Co oznacza „gniew Boga”? Nie możemy zaprzeczyć, że taki gniew istnieje. Na wielu stronicach Starego Testamentu, a również – jak dzisiaj czytamy – w Ewangelii wg św. Jana, mowa jest o gniewie Boga. To tak jakby Biblia chciała nam powiedzieć, że nie możemy przemilczeć, że nie wolno nam przemilczeć gniewu Boga. Ale co on oznacza? Kiedy pojawia się gniew Boga? „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz gniew Boży nad nim wisi” (J 3, 36). Otóż, gniew Boga na stronicach Starego Testamentu pojawia się zawsze tam, jako „dzień gniewu Boga”, gdzie mnoży się zło, gdzie mnoży się grzech. Jest to gniew Boga z powodu grzechu, z powodu zła. Ale co oznacza ten gniew Boga? Dlaczego ten gniew Boga jest, jak mówi Biblia, tak wielki? Jest on tak wielki, bo wielka jest miłość Boga do człowieka, a grzech, na który Bóg się gniewa, rani tę miłość, dlatego Bóg się gniewa. Bóg się gniewa, bo człowiek, kiedy wchodzi w grzech, odchodzi od Niego. Zrozumiałem, w pewnym momencie, że gniew Boga to jeszcze jedno oblicze Jego miłości. Brzmi to paradoksalnie, ale my wiemy, także z ludzkiego doświadczenia, że jest taki gniew, który płynie z miłości; nie ze złości i nie z tego, o czym czytaliśmy w Dziejach Apostolskich. Gniew Boga zawsze jest taki [z miłości]. To jest gniew, który mi przypomina, że Bóg o mnie walczy. To jest gniew, który mi przypomina, że Bóg chce mnie obronić przed grzechem, który może mnie niszczyć. To nie jest gniew, który dzieli, ale gniew, który chce scalić. Mógłbym nie znieść tego gniewu. I co robi Bóg? Posyła Syna, a On bierze ten gniew na siebie; ten gniew, który miał spaść na mnie i mnie dotknąć. Nie jestem w stanie przeżyć spotkania z Bogiem w Jego gniewie, jak tylko w Jezusie Chrystusie, w którym objawia się miłość Boga do końca. On bierze na siebie ten gniew, zabiera go na krzyż, abym ja mógł żyć.

Jest więc gniew, który niszczy i w który chętnie wchodzi Zły. I jest taki gniew, który chce mnie prowadzić do zbawienia, który rodzi się także ze spotkania z prawdą. Dlatego czytamy: „Kto nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz gniew Boży nad nim wisi”, bo Bóg, który posłał jedynego Syna, dał wszystko, i widzi, że nawet ta miłość może być odrzucona, może być nie przyjęta, ale i wtedy Syn Boga to ludzkie odrzucenie, to ludzkie nieprzyjęcie, bierze na siebie. W Nim jest cała moja nadzieja. Prośmy dobrego Boga o łaskę dobrego rozeznawania w nas gniewu: tego niszczącego gniewu, byśmy potrafili go odrzucać w swoim sercu, byśmy nigdy nie poszli za takim gniewem; i tego gniewu Bożego, w którym zawsze słyszę Jego miłość, gniewu, który zawsze mnie zaprasza i wręcz woła, bym się na tę miłość otworzył. Jest taki gniew, który może mnie zrodzić do nowego życia, który otwiera we mnie nowe przestrzenie życia, nową energię życia. Prośmy dobrego Boga, abyśmy zawsze byli otwarci na przyjęcie takiego gniewu, który prowadzi do spotkania z prawdą, do nowych narodzin, do życia w Nim.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

„Wyrywa” z indywidualizmu i uzdalnia do życia we wspólnocie
homilia – uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, 3 maja 2019
Ap 11, 19a; 12, 1.3-6a.10ab; Jdt 13, 18bcda.19-20; Kol 1, 12-16; J 19, 25-27

NAGRANIE HOMILII Z 3 MAJA 2019
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Zatrzymajmy się tylko przy liście do Kolosan. W liście do Kolosan św. Paweł zachęca nas do modlitwy wdzięczności: „Z radością dziękujcie Ojcu”. Adresatem modlitwy jest Ojciec, czyli Ten, który daje życie. Mamy dziękować Dawcy życia za to, że uzdolnił nas do życia we wspólnocie świętych. Nas, czasem skrajnych indywidualistów, przemienił i „uzdolnił” do życia we wspólnocie, jako osoby, które tworzą wspólnotę. Dział świętych, dziedzictwo świętych w światłości, to z jednej strony może być niebo, wspólnota świętych, a z drugiej strony może to być wspólnota na ziemi, osób powołanych do świętości. Wiemy, że pierwsi chrześcijanie tez byli określani tym imieniem: „święci”, „wspólnota świętych”. Ale zanim Ojciec uzdolnił nas do życia „w światłości”, do życia we wspólnocie z Bogiem i z innymi, wpierw uwolnił nas „spod władzy ciemności”. Dawca życia najpierw nas wyzwolił, a nawet najpierw nas „wyrwał” z macek ciemności, która odbierała nam życie. W tym celu zorganizował ekspedycję ratunkową. Głównym zaangażowanym w tej wyprawie ratunkowej był Jego Syn, który stał się człowiekiem: Dobry Pasterz, który wszedł w ciemności śmierci, ponieważ Jego owce były w ciemnościach.

Naszą sytuację, sytuację owiec, oddał prorok Izajasz mówiąc: „wszyscy pobłądziliśmy jak owce, każdy z nas obrócił się ku własnej swej drodze”. Owce, które idą za swoją wolą, które podejmują indywidualistyczne decyzje i za wszelką cenę chcą się uniezależnić od stada, płacą czasem wysoką cenę swoich decyzji, doświadczając między innymi osamotnienia. Zostają same w ciemnościach, w które to jednak ciemności wchodzi szukający je Dobry Pasterz. To doświadczenie pobożny Żyd Starego Testamentu oddał w takiej modlitwie: „Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23, 4a). Uderzające jest, że w tym psalmie „aby powiedzieć o «ciemnej» dolinie psalmista używa wyrażenia hebrajskiego, przywołującego ciemności śmierci i z tego względu można powiedzieć, że dolina, którą trzeba przejść jest miejscem udręki, straszliwych zagrożeń, niebezpieczeństwa śmierci” (Benedykt XVI, 5 X 2011). Przepraszam za porównanie, ale to nie jest majówka w nocy, majowy nocny spacer, ale „chociażbym przechodził przez ciemności śmierci, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Jeśli przypomnimy sobie, że w godzinie śmierci Jezusa – według Ewangelistów Marka, Mateusza i Łukasza – zapadają ciemności, możemy zobaczyć w Jezusie prawdziwego Pasterza, który „który nawet na drodze całkowitej samotności, na której nikt nie może nam towarzyszyć, idzie ze nami i prowadzi nam, abyśmy ją pokonali. (…) Jezus, Dobry Pasterz, wchodzi w ciemności śmierci, żeby odtąd nikt już nie mógł powiedzieć, że jest takie miejsce, w którym jest sam” (por. Benedykt XVI, 5 X 2011). Wtedy dalszy ciąg psalmu 23 nabiera zupełnie innego wydźwięku: „Kij Twój i laska pasterska są moją pociechą” (Ps 23, 4b). Pociechą. W tym psalmie słowo „pociecha”, gdyby je usłyszeć po łacinie, zawiera w sobie ogromny ładunek nadziei. Bo pocieszenie po łacinie to „con - solatio”, czyli „bycie razem – z tym, który jest skrajnie osamotniony”. To jest pocieszające, gdy ktoś jest ze mną tam, gdzie jestem całkowicie osamotniony. W ten sposób to moje osamotnienie nie jest już samotnością, ale samotnością przeżywaną we dwoje, przeżywaną razem z Tym, który wszedł w moje osamotnienie (por. Spe salvi, 38). Wszedł po to, żeby mnie z niego wyrwać, a nie po to, żeby w nim ze mną zamieszkać na stałe.

Wyprawa ratunkowa podjęta przez Jezusa, Dobrego Pasterza, ma na celu to, by nas wyrwać ze stanu śmierci, ze stanu izolacji, ze stanu samotności, ze stanu takiego wycieńczającego osamotnienia, i żeby nas „przenieść”, - dokładnie tak: „przenieść” -. Ojciec nas przeniósł na ramionach Syna, Dobrego Pasterza, do królestwa, które w liście do Kolosan jest nazwane „królestwem umiłowanego Syna”, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów. Choć my, tak sobie pomyślałem, być może raczej nazwalibyśmy to królestwo „królestwem Ojca”. Często nie mamy tego problemu, czy to królestwo Ojca czy Syna, bo mówimy, że to jest „królestwo Boga”. Ale dając się prowadzić zaproszeniu św. Pawła, by dziękować Ojcu i postępując w medytacji słowa tego zaproszenia możemy z zaskoczeniem czy z zadziwieniem odkryć, że dzieło, za które my w modlitwie dziękujemy Ojcu („dziękujcie Ojcu, … który was wyrwał z ciemności i uzdolnił do wspólnoty świętych”), że to dzieło Ojca tu, na ziemi, tak naprawdę zostało zrealizowane przez Jego Syna, który stał się człowiekiem. W ten sposób w praktyce, nie w teorii, jesteśmy prowadzeni do słowa, które wybrzmiewa w tym liście, że Jezus Chrystus jest „obrazem Boga niewidzialnego”. Dzieło Ojca zostało zrealizowane przez Syna. Patrzymy na Dobrego Pasterza podejmującego misję ratunkową i dziękujemy Ojcu za Jego dzieło, za dzieło Ojca, zrealizowane przez Syna.

Jezus „jest obrazem Boga niewidzialnego”. Określenie Jezusa „obrazem” Boga, a nawet dosłownie „ikoną” Boga, to jest też, mówi się, inny sposób na przedstawienie Go jako Syna Ojca. Syn ma rysy Ojca, Syn ma twarz Ojca, Syn działa jak Ojciec. Kto patrzy na Jezusa, Dobrego Pasterza, z wiarą, to tym spojrzeniem wiary dostrzega w Nim Ojca (J 14, 6). I tu rodzi się dla nas zaproszenie. Ponieważ to, co się „do-pełniło” w Jezusie, ponieważ On jest Obrazem Ojca., ma się „do-pełnić” też w nas. Celowo mówię „do-pełnić”, ponieważ my jesteśmy obrazem, zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. A wiec już przynajmniej trochę jesteśmy, ale to się musi w nas dopełnić. Co to oznacza? To, że jesteśmy obrazem Boga, oznacza, że każdy z nas posiada godność osoby: jesteśmy kimś, a nie czymś. To, że jesteśmy obrazem Boga, oznacza, że jesteśmy zdolni poznawać siebie. I nie tylko poznawać siebie, bo poznawanie siebie nie jest samo dla siebie. Poznajemy siebie po to, żeby panować nad sobą; i w tym również wyrażamy to, że jesteśmy obrazem Boga. I również panowanie nad sobą nie jest czymś samym dla siebie. Ponieważ panowanie nad sobą umożliwia nam dar z siebie, bo panując nad sobą możemy w sposób dobrowolny dać siebie. A stawanie się darem znajduje swoje przedłużenie i owoc w tym, że tworzymy wspólnotę z innymi osobami (por. KKK 357). Droga dojrzewania nas, którzy jesteśmy obrazem Boga, można powiedzieć, że ma pewne etapy, które możemy być zaproszeni przejść w czasie rekolekcji i nie tylko w czasie rekolekcji. Ojciec wyrywa nas z władzy ciemności, przenosi nas do światłości i uzdalnia… Na wszystkich etapach nas do czegoś uzdalnia. Najpierw – uzdalnia nas do poznania siebie. Potem przechodzi do drugiego etapu – uzdalnia nas do panowania nad sobą. A potem następuje etap trzeci – uzdalnia nas do daru z siebie. By wreszcie na czwartym etapie – uzdolnić nas do życia w dziale świętych w światłości, to znaczy do tworzenia wspólnoty z innymi osobami.

Piotr Szyrszen SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIEPOLITYKA PRYWATNOSCI
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl